Patrząc na mapę, pomyślimy, że to kolejny punkt, gdzie można złapać pieczątkę do książeczki. Rzeczywistość jednak kreuje obraz świeżo urządzanego domu i nowego etapu w życiu. Pokazuje miejsce, gdzie śpi się po trzy godziny, a i tak mówi o sobie, że ma się szczęście. Postanowiłem odwiedzić z aparatem Ewę i Cyryla, nowych dzierżawców schroniska na Soszowie, aby spróbować pokazać za pomocą swoich fotografii ich preludium w tym miejscu. Po drodze zrodził się pomysł, aby nie tylko kadry, ale i słowa przedstawiły ich historię.

W schronisku na Soszowie zapachniało zmianą. Jeszcze do niedawna miejsce to było niczym serce, tętniące letnim ruchem turystów. Dziś, wraz z jesienną mgłą, wciąga się także zapach zmian i nowego początku.
Ewa, znana z internetu jako Mewa w locie, to podróżniczka z głową pełną historii i pasją do gór. Cyryl jest spokojny i bardziej opanowany, ma uważne spojrzenie i ręce gotowe do pracy. Postanowili razem spełnić swoje marzenia o zamieszkaniu bliżej chmur. Wspólny szlak zaprowadził ich pod ciepły i przytulny dach schroniska na Soszowie. To właśnie tam spotkaliśmy się w ich pierwszych tygodniach „gospodarzenia”, żeby porozmawiać o codzienności w schronisku, o odwadze do zmian i o tym, że Soszów to coś więcej niż drewniane ściany i widok na Beskidy.
Moja opowieść z Soszowa
Do schroniska docieramy koło południa. Gęsta mgła, którą można ciąć nożem, sprawia, że ledwo je widać z odległości kilkudziesięciu metrów. To dobrze – pomyślałem – nikt nie zauważy, że z plecakiem trzy razy cięższym niż zwykle na jednodniowe wycieczki, pełnym sprzętu fotograficznego, wjechałem na górę wyciągiem. Obok mnie moja wierna kompanka w górskich wycieczkach i fotograficznych eksperymentach, jedenastoletnie dwadzieścia dziewięć kilo szczęścia, Wiktoria. Z mniejszym plecakiem i mega kotkiem, bez którego nie zaśnie… a mamy tu spędzić noc.
Ze schroniska wychodzi kilka osób. Po zwyczajowym „cześć” pytam na szybko o wrażenia. W końcu internetowe zasięgi Mewy sprawiły, że mało kto nie wie, że gospodarze tego miejsca się zmienili. Słyszę same superlatywy i zachwyty, przede wszystkim nad jedzeniem.
Na Soszowie jestem nie pierwszy raz, ale dzisiaj w nieco innej roli. Czuję się trochę jak intruz, który gdzieś tam z boku chce zaobserwować, jak to wszystko wygląda „od kuchni”. Wchodzę nie tylko do schroniska, ale w czyjeś świeżo układane „nowe” życie. Witają nas drzwi, które skrzypią tak samo jak dwa lata temu, kiedy byliśmy tu ostatni raz. W środku jednak unosi się zapach świetnej kawy, mieszający się ze zmęczeniem i lekkim chaosem, które mówią więcej niż instagramowe rolki i stories.
Ewa śmieje się, że musi tylko „coś ogarnąć” i już będzie.
Zanim to „już będzie” nastąpiło, zdążyliśmy zjeść obiad, Wiktoria nawet dwa, rozgościć się w pokoju i zrobić sobie spacer na Soszów Wielki. Całkiem to rozumiem. Sam miałem lata temu krótki epizod z pracą w schronisku, więc wiem, jak to mniej więcej wygląda. W międzyczasie mieliśmy trochę sposobności na stworzenie kilku kadrów, poznanie kilku gości oraz pogranie na gitarze z nimi.

Rozmowa z Ewą zaczyna się trochę chaotycznie. Ktoś coś z boku jeszcze mówi, coś trzeba sprawdzić. To nie jest typowy wywiad w idealnych studyjnych warunkach. Jesteśmy w epicentrum jej nowej rzeczywistości, a ja nie jestem dziennikarzem. Kiedy udaje nam się wreszcie wspólnie usiąść, widać po niej te minione dwa tygodnie. Widać je po specyficznym spojrzeniu ludzi, którzy dużo noszą naraz: odpowiedzialność, ekscytację, strach i dumę.
Zaczynam trywialnie. Pytam, jak to się stało, że w ogóle tu są.
– Moim marzeniem od dawna było prowadzenie schroniska – zaczyna. Nie mówi tego jak ktoś, kto wczoraj wpadł na „fajny pomysł”. Zanim było marzenie, była rzeczywistość: praca w korporacji, rzucenie jej w diabły, podróże, praca w innych schroniskach. W trakcie tego wszystkiego pojawiła się myśl: a gdyby tak swoja chatka w górach? I gdzieś po drodze, na Małej Rawce, pojawił się też Cyryl.
Poznali się, pracując razem w bacówce właśnie na Małej Rawce. I jeśli myślicie, że była to wyidealizowana historia o wielkiej romantycznej miłości w blasku zachodzącego słońca nad Połoninami, to jesteście w błędzie. Ich historia bardziej przypomina opowieść o dwojgu ludzi, którzy nie do końca się dogadują, permanentnie wręcz działają sobie na nerwy. Przy czym oboje określają to mocniejszymi słowami. Nie pałali do siebie sympatią. Bardziej przypominali dwie różne, orbitujące planety niż duet z górskiej pocztówki. Dopiero z czasem, między jednym dyżurem a drugim, między zmęczeniem a absurdem schroniskowej codzienności, zaczęli się do siebie zbliżać. Najpierw złagodniały rozmowy, potem spojrzenia, w końcu okazało się, że pod tym wszystkim jest coś więcej niż tylko wspólna zmiana za barem.

Z takim wspólnym bagażem emocjonalnym wystartowali w przetargu na bacówkę na Maciejowej. Przetarg przegrali, ponieważ zaoferowali zbyt niski, w stosunku do oczekiwań, czynsz, mimo że ich liczby w tabelkach i tak wyglądały na mocno wygórowane. Wtedy pomyśleli, że do kolejnej okazji muszą podejść bardziej z głową.
– Pomyślałam, że jeśli kiedyś mamy coś brać, to musimy mieć naprawdę poukładane to w głowie – mówi Ewa. A życie, jak to życie, lubi poprzewracać tabelki w Excelu.
Ewa zamieszkała z Cyrylem w Bielsku i, przeglądając oferty pracy, natknęła się na wakat na Soszowie. – To było na OLX chyba czy czymś takim – mówi. Okazało się, że ówcześni gospodarze, Kasia i Paweł, kojarzą ją z jej poprzednich schroniskowych aktywności. Zaczyna pracę w wakacje.
– W ogóle nie myślałam wtedy o tym, żeby przejmować schronisko, mówi. – Oni też jeszcze nie wiedzieli, że będą rezygnować.
W pewnym momencie padło jednak hasło: „będziemy schodzili z góry”. Wtedy się zaczyna. Rozmowy, kalkulacje, niepewność, takie „a może”, które nie ulatuje z człowieka nawet pod lodowatym prysznicem.
– To po prostu było nasze marzenie, żeby prowadzić swoje schronisko.
– Przy Maciejowej było dużo liczb, dużo tabel. Tutaj w którymś momencie liczby zeszły na drugi plan. Postanowiliśmy, że oddamy temu miejscu swoje serce – mówi cicho.
To jedno zdanie zawiera wszystko, czego nie da się zapisać w umowie najmu.

Ewa przewraca lekko oczami, kiedy pytam o ich pierwsze dwa tygodnie „na serio” w tym miejscu. Opowiada, że praca zaczęła się długo przed oficjalnym odebraniem kluczy. Remont budki na zewnątrz, dogadywanie szczegółów z właścicielem obiektu, rzeczy robione w szopie, których za zamkniętymi drzwiami nie było widać. Dopiero potem przyszedł czas na oficjalną zmianę warty.
– Przez pierwsze dwa tygodnie ( i nadal – przyp. Red, – zawsze chciałem to napisać) spaliśmy po dwie, trzy godziny na dobę – mówi. Cały czas coś: remonty, papierologia, sprawy związane z ich nowym domem.
– To nie jest historia, w której jedni gospodarze schodzą z góry, drudzy wchodzą, naciskają przycisk „start” i mają gotowy biznes. Trzeba się przeprowadzić. Trzeba uznać, że to miejsce będzie domem, a nie hotelem, który „obsługujesz” w swoim grafiku.
– Nie stać nas na dwa mieszkania – mówi. – Chcemy tu być, chcemy, żeby goście czuli się jak w domu.
W tle cały czas pobrzmiewa słowo „zmęczenie”.
– Były momenty, kiedy zastanawialiśmy się, czy to na pewno była dobra decyzja – przyznaje. – Ale to są takie myśli ze zmęczenia.
Na moje „Czyli klasyczne: po cholerę mi to było?” reaguje śmiechem, który wszyscy znamy z własnych życiowych zakrętów.
– Dokładnie tak, ale to tylko wynik zmęczenia – mówi. – Jest bardzo ciężko i to się nie skończy za miesiąc. Może zaczniemy kiedyś spać więcej niż dwie, trzy godziny, ale w takim obiekcie praca jest cały czas. Ledwo skończymy remontować jedno pojawi się drugie, po odświeżeniu łazienek czekają na nas stoły w jadalni, a potem krzesła, a gdzie odmalowanie a gdzie następna rzecz, która dzieje się równolegle i zawsze będzie coś kolejnego. Powoli do nas dociera, że nie jesteśmy tu na chwilę, że to nie nowa praca u kogoś, którą można w każdej chwili zamienić na inną.
To zdanie pachnie drewnem, farbą i kawą wypijaną za szybko albo już na zimno.
Ewę poznałem drogą instagramowego zaobserwowania jej profilu. Zaciekawił mnie, ponieważ pokazywał osobę, która ciągle jest w drodze, łazi po górach, wrzuca zdjęcia i relacje z różnych zakątków. Ot, jak wielu teraz internetowych guru od travelingu. Była przy tym jednak naturalna i bardzo szczera w moim odczuciu. Jak ją coś wkurw.., to mówi, że ją wkurw… a nie, parafrazując Wicijowskiego, „złowrogo szumią wierzby”. Taka swoja, trochę dzikuska, ciągle w drodze.
I właśnie tu pada związane z tą drogą pytanie.
Czy to już koniec podróży? Czy Soszów to już osiadanie, czy jej dalsza naturalna kontynuacja?
– Całe to przedsięwzięcie jest podróżą – odpowiada. – Pełną zakrętów, ale też przyjemności.
Mówi, że chcieliby kiedyś dojść do momentu, w którym mogą w ogóle pojechać na urlop. Nie „za rok, jak się wszystko uspokoi”, tylko kiedyś, jak ten dom na górze stanie stabilniej na nogach. Na razie pierwszy plan to nie trzytygodniowy trekking, tylko noc, w której śpi się dłużej niż trzy godziny.
Pytam o ich dzień pracy. To niby proste pytanie, ale w schronisku odpowiedź rzadko jest prosta.
– Teraz kończymy koło drugiej, trzeciej w nocy i wstajemy o szóstej – wyznaje.
Najpierw łazienki, ogarnięcie jadalni po wieczornym życiu gości, potem śniadania. Dzień nie zaczyna się naprawdę, bo on się tak naprawdę nigdy nie kończy.
Słysząc pytanie o ulubiony moment dnia, Ewa tylko kręci głową.
– Jeszcze nie, uśmiecha się przepraszająco. – To, że dziś z tobą rozmawiam i że zamieniłam parę słów z kilkoma osobami, to jest pierwszy raz od dwóch tygodni, kiedy rozmawiam z kimś innym niż mój partner, przyjaciele i rodzina, z którymi tu pracuję.
Dziś były fale ludzi. Schronisko żyje, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, ktoś pyta o szlak.
– Bardzo bym chciała mieć przestrzeń, żeby z gośćmi usiąść, dowiedzieć się, kim są, skąd przyszli, żeby poczuli duszę tego miejsca i to, kim my jesteśmy.
Na razie między duszą a „zmywakiem” wygrywa to drugie. To też jakiś etap.
Jedno z jej zdań zostaje w mojej głowie na dłużej.
– Nie chciałabym mówić o ludziach „turyści”, wolałabym mówić o nich jako o gościach. Jako o, i tutaj pada świetne sformułowanie, „górskiej rodzinie”. Wymienia tych, których zna z internetu, z gór, z poprzednich prac. Mówi o więziach, które da się zbudować nawet bez spotkania twarzą w twarz. Wierzy, że tu będzie podobnie, że ludzie będą przychodzić nie tylko po zupę i do toalety, ale też po coś, czego nie da się wpisać do cennika.
Kiedy rozmowa schodzi na temat planów na Soszów, wydarzenia, wystrój, własne „smaczki”, które odróżnią go od innych schronisk, które sprawią, że to miejsce będzie bardziej „ich”, z głębi ich dusz, pytam o konkrety. Ewa tylko się uśmiecha. W oczach jednak widać, że plany są, pomysły na ich zrealizowanie też. Ale pary z ust nie puszcza.
– Coś tam kiełkuje, ale jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Nie chcę zapeszać.
W dalszej części rozmowy sama przyznaje, że chwilowo jest monotematyczna.
– Na razie najważniejsze marzenie jest proste: wyspać się, spać dłużej niż trzy godziny. I znaleźć w ciągu dnia choć chwilę, żeby nie tylko podać kawę, ale też zapytać, skąd jesteś i jak ci się tu idzie.

Gdy spędziłem na Soszowie cały dzień, pomyślałem, że gdzieś pomiędzy zapachem drewna i świeżej kawy czuć, że to schronisko było, jest i, ku pokrzepieniu serc „górskiej rodziny”, będzie, czymś więcej niż tylko adresem w górach, do którego wpada się na chwilę, coś przekąsić i podbić wspomnianą na początku książeczkę.
To nie tylko miejsce. To ludzie, którzy witają cię uśmiechem po wędrówce, której udało się zmęczyć twoje nogi i przewietrzyć głowę. To ludzie, którzy, kiedy ty wstajesz aby rozpocząć kolejny dzień wędrówki, dopijają nocną herbatę, życząc ci szerokiej drogi. To nocne rozmowy schroniskowych współtowarzyszy, które, nierzadko przy dźwiękach gitar, zostają w pamięci dłużej niż echo w dolinach.
Tam, na górze, zaczął się nowy rozdział powieści, która trwa już dziesiątki lat, powieści zwanej Soszów. Spokojny, pełen pracy, szczery, wybudowany na fundamentach drobnych gestów i ciepła. Ewa i Cyryl uczą się niczym lekarz czytać tętno tej góry, a ona spogląda ze szczytu i, mam wrażenie, mocno im kibicuje.
Zobacz inne moje zdjęcia





























